Marka osobista? Teraz jest jej moment! – odpowiada Ireneusz Osiński [WYWIAD]

Post Image
26 kwietnia 2016

Marka osobista? Teraz jest jej moment! – odpowiada Ireneusz Osiński [WYWIAD]


Dzisiejszym gościem jest Ireneusz Osiński. Irek to przede wszystkim mój serdeczny przyjaciel, a zawodowo trener sprzedaży, coach i założyciel Fundacji Na Rzecz Rozwoju Talentów. Jego organizacja skupia się na rozwijaniu potencjału swoich podopiecznych poprzez realizację m.in. projektów mentoringowych, organizowanie wysoce merytorycznych konferencji, rekomendowanie się nawzajem w swoich kręgach znajomych i wielu innych przedsiębiorczych inicjatywach. Znany jest głównie z tego, że potrafi dotrzeć do każdej osoby i zbudować z nią silną relację. Pół żartem, pół serio nazywamy go w Trójmieście „naczelnym networkerem”, ze względu na to, że dysponuje siecią wartościowych relacji, dzięki którym rozwija nie tylko swój biznes, ale również, a może przede wszystkim, możliwości członków prowadzonej przez niego Fundacji. Powodem, dla którego zaprosiłem Irka do dzisiejszej rozmowy, jest fakt, że jak nikt inny ze znanych mi ekspertów, potrafi budować silną markę osobistą w świecie offline. Czyli przede wszystkim poprzez spotkania twarzą w twarz, występowanie na konferencjach i legendarne już w Trójmieście, prowadzone przez Irka sesje networkingowe, po których każdy gość wychodzi z plikem cennych wizytówek, będących często pierwszym krokiem do dynamicznego rozwoju ich biznesu. Do sedna! Zacznijmy wymianę doświadczeń na temat budowania marki osobistej w „oflajnie” z Ireneuszem Osińskim.

 

Wiktor Jodłowski: Irku, jesteś przykładem osoby, która zbudowała bardzo mocną, wiarygodną markę osobistą jeszcze zanim media społecznościowe stały się standardem w tym kontekście. Dzięki temu znasz ten obszar od podszewki, a dopiero od niedawna rozwijasz swoje umiejętności pod kątem kreowania marki w sieci. Wiele osób, które dziś próbują budować ten wizerunek, stawia głównie na internetowe narzędzia, zaniedbując aspekt działania „face-to-face”. Stąd moje pierwsze pytanie do Ciebie – jakiej zmiany w swoim podejściu do tematu powinna dokonać osoba, która zamierza kreować swój wizerunek wyłącznie lub również przy pomocy technik „offline”?

Ireneusz Osiński: Absolutnie kluczową rzeczą jest wgląd w siebie. Chodzi o to, by zidentyfikować w sobie zasoby, którymi mogę się z ludźmi podzielić, a nie szukać tego, co mogę od ludzi dostać. W myśl zasady „givers gain”. Życie ma bardzo proste zasady – to co dasz, otrzymasz z powrotem. Jeśli nic nie dałeś od siebie, to nie dziw się, że nic nie masz. To jest autostrada dwukierunkowa. Bo jeśli będziemy stosować modne ostatnio „techniki manipulacyjnego uwodzenia”, to bardzo szybko ludzie wokół nas zaczną wyczuwać jakie są nasze prawdziwe zamiary. A stąd krótka droga do tego, by zamknęli przed nami drzwi.

Warto zacząć od tego, by w całkowitej samotności spisać swoje wartości. Koniecznie na papier. Dużym problemem w tych czasach jest to, że gdy zapytasz ludzi o to jakie mają wartości, to patrzą na Ciebie jakbyś spadł z księżyca. Nie znają ich, nie potrafią ich nazwać. Te informacje można z łatwością odnaleźć w internecie. Wystarczy zrobić mały research i zobaczyć na bazie jakich wartości ludzie tworzyli duże, wpływowe organizacje.

Dobrym sposobem, by w naturalny sposób zaczerpnąć z tego dobrodziejstwa, jest czytanie biografii wielkich ludzi. Kiedyś nie było tak łatwo o sukces, np. finansowy, jak dzisiaj, dlatego trzeba było się znacznie bardziej napracować, by cokolwiek zdobyć. To automatycznie wymuszało na ludziach postępowanie według pewnego kodeksu wartości.

Dzięki możliwościom, jakie daje dziś technologia, sukces może przyjść bardzo szybko, co też jest złudne i bardzo wielu ludzi się „wywala” na tym. Polecam rozpocząć swoją przygodę od lektury książki napisanej przez Henry’ego Forda, „Moje życie i dzieło”. Szalenie inspirująca pozycja, w której autor szczegółowo opisuje wszystkie swoje sukcesy i porażki.

Młodzi ludzie powinni sobie zadać pytanie – na kim naprawdę mi zależy? Czy tylko i wyłącznie zależy mi na sobie samym, czy jest we mnie pierwiastek tego, że jestem gotowy, by zrobić coś dla innych ludzi? Nawet fizycy kwantowi twierdzą, że życie to wibracje – jakie wibracje wysyłasz, takie wibracje otrzymujesz. Dla przykładu: jeśli marudzisz, to Twoja podświadomość będzie wyłapywać dowody na to, że życie jest ciężkie, ludzie parszywi, a potem się umiera. Dlatego warto zrobić sobie taki bilans otwarcia na świat i zobaczyć czym ja tak naprawdę dysponuję.

Wiktor Jodłowski: Mam taką zasadę, że jestem daleki od rzucania stwierdzeń w stylu „tylko Polacy mają tę cechę” lub „to tylko w Polsce mogło się zdarzyć”. Natomiast mam taką obserwację, że jest w nas pewne wyzwanie polegające na tym, że stosunkowo ciężko przychodzi nam to, o czym chwilkę temu powiedziałeś. Co sądzisz na ten temat?

Ireneusz Osiński: Wiesz co, coś Ci powiem – to jest głównie związane z zaufaniem. Jeśli człowiek nie ma zaufania do siebie, to również nie obdarzy nim innych ludzi. Jeśli człowiek sam się podejrzewa o jakieś takie poruszanie się „po bandzie” albo sam zachowuje się niegodziwie wobec innych ludzi, to nie dziwota, że w jego umyśle kiełkuje myśl, że inni są też tacy jak on. Już fizycy dowiedli, że nasza rzeczywistość jest projekcją naszego wnętrza. To my jesteśmy malarzami i taką rzeczywistość jaką sobie namalujemy, taką będziemy mieli, po prostu.

A jeśli chodzi o cechy narodowe Polaków, to ja w to nie wierzę. To jest pewna historia, pewne doświadczenia. Wydaje mi się, że bardzo dużo złego zrobił nam okres komuny. Brakowało wtedy zaufania i to dziś widać. Dlatego dziś ci ludzie, którzy wierzą w pewne niewspółczesne wartości, postrzegani są często jak kosmici. Niemniej jednak ja i organizacja, którą tworzę, jesteśmy orędownikami tego, by budować tę „markę osobistą” nie w blichtrze, ale poprzez życie i współpracę w oparciu o silne wartości. To takie rzeczy jak miłość, honor, szacunek, akceptacja. Tego można się nauczyć, ale trzeba mieć odpowiednie wsparcie. Mieć mentorów, bywać w miejscach i na wydarzeniach, na których tacy ludzie się pojawiają.

Cennym źródłem jest tu kodeks bushido. Tam są takie cechy jak szacunek dla ludzi starszych, szacunek do tradycji, dotrzymywanie danego słowa, honor, godność, i tak dalej. I to jest jak najbardziej aktualne. Wystarczy zobaczyć jak Japończycy kultywują tradycję. Może jest tam trochę hermetycznie, ale może dzięki temu są uprzejmi dla siebie, kłaniają się, mają wspomniany już szacunek do ludzi starszych. Nie słyszałem, żeby tam się nie opiekowano swoimi rodzicami. Żeby wysyłano ich do domu starców.

Wiktor Jodłowski: Ale u nas też jest hermetycznie, zauważ. My mamy tak naprawdę jednorodny kraj. Wszyscy mamy ten sam kolor skóry, tę samą religię, tę samą historię. Oczywiście w dużym uogólnieniu, ale jednak nie można przejść koło tego obojętnie.

Ireneusz Osiński: No tak, ale te wpływy zachodnie są na tyle silne, że ludzi to tak uwodzi, że wydaje im się, że mogą robić, co chcą. Że mogą deptać pewne rzeczy, bo „im wolno”.

Wiktor Jodłowski: Rozumiem. A wracając do tematu dawania i otrzymywania, mam wrażenie, że nawet jeśli już swoimi dobrymi uczynkami „zarobimy” na silną relację z drugim człowiekiem, to mamy gdzieś tam wewnętrzny opór dla tego, by o cokolwiek poprosić. Żeby wyciągać rękę po to, co ewidentnie potrzebujemy, ta druga osoba ma takie zasoby, relacja została zbudowana. Wszystko jest na miejscu. A my jakbyśmy się wstydzili tego.

Ireneusz Osiński: To jest bardzo łatwe do wyjaśnienia. Jak jesteśmy już na etapie, na którym pomagamy innym ludziom, stawiamy się w bardzo komfortowej pozycji. Nasze ego jest wtedy połechtane, ze względu na to, że przecież ludzie proszą mnie o radę, proszą o wsparcie, a ja im tego udzielam. Mój znajomy mówi wtedy o tzw. dysproporcji pomagania. Nam się wydaje, że jeśli kogoś o coś prosimy, to stawiamy się w pozycji pierdoły, ofiary losu. Jesteśmy tego uczeni od najmłodszych lat, że proszenie o pomoc jest złe. Wszystko mamy robić sami. Według mnie jest to jakiś cholerny spisek. Bo ja nie znam projektu, który by się zakończył sukcesem, który można by było zrealizować samemu. Każde z nas ma inne talenty i tylko łącząc je w spójną całość, łącząc siły, możemy zrobić coś naprawdę ważnego. Historie wielu ludzi sukcesu potwierdzają to, wracając do tych autobiografii – tam jest dokładnie napisane, że najpierw dawali ogromną wartość od siebie, a dopiero potem prosili o pomoc. Nazywamy to regułą wzajemności. To się tak pięknie po łacinie nazywa – do ut des. I z góry jest założenie, że „daję abyś dał”. W przyrodzie nic nie ginie. To jest jak w U-rurce. Poziom musi się wyrównać. Natomiast bardzo często jest tak, że ludzie dają coś komuś i ten ktoś jest niewdzięczny. I ludzie wtedy są sfrustrowani. Mówią wtedy, że „ja mu dałem, a on mi nic nie oddał”. Ale to się odkłada gdzieś indziej. Nie w tym człowieku, ale gdzieś wyżej. Niektórzy nazywają to „bankowym kontem przysług”.

Zwrot z zainwestowanego w ten sposób kapitału przychodzi od nas ze świata, po prostu. To są sytuacje, które pozwalają nam rozwiązać aktualne problemy. Np. spotykamy kogoś „przypadkiem” i ten ktoś daje nam coś zupełnie niespodziewanie i bezinteresownie. Np. dobrą radę w doskonałym momencie. Wtedy w głowie pojawia się tzw. błysk i mówimy sobie „rzeczywiście!”. To wszystko NIE dzieje się przypadkowo. Czym więcej dasz, tym więcej otrzymasz.

To łączy się z kolejną świetną zasadą/prawidłowością, autora której teraz nie kojarzę – w życiu dostajesz nie to, co chcesz, ale to, czego się spodziewasz. Osobiście znam wiele osób, które chcą być zdrowe i bogate, ale nigdy takie nie będą, bo spodziewają się problemów w tych obszarach. To wszystko się dzieje na poziomie podświadomym. I teraz jeżeli mielibyśmy to zaprezentować w sposób wizualny, to wyglądałoby mniej więcej tak:

the-iceberg-of-success
 

Dzięki wglądowi w powyższy mechanizm i poświęceniu czasu, by w zaciszu własnego umysłu przeanalizować to w kontekście siebie samego, człowiek jest w stanie dojść do tego „w co gra w życiu”. Dzięki temu wchodzi się na znacznie wyższy poziom samoświadomości.

 

 

Wiktor Jodłowski: Pamiętam ten wątek z górą lodową z naszych sesji coachingowych, które dawno temu prowadziłeś ze mną. Mocno utkwiło mi to w pamięci.

Ireneusz Osiński: No tak, też pamiętam. Bo ja ciągle gadam to samo! (śmiech)

Wiktor Jodłowski: No ale to dobrze – dzięki temu jesteś spójny w swoim przekazie, a dodatkowo Tobie to się utrwala, dzięki czemu możesz utrzymywać dobry kurs. Wracając do tematu. Wspominałeś kilka minut temu o tym, że technologia daje nam teraz możliwość osiągnięcia szybkiego sukcesu. Kiedyś człowiek musiał długo pracować na triumf dlatego, gdy ten już pojawiał się w jego życiu, to taka osoba była gotowa emocjonalnie na to. Była w stanie go udźwignąć, bo konsekwentnie budowała nie tylko swoją firmę/organizację/karierę, ale również bogactwo wnętrza emocjonalnego. Dziś krążą historie ludzi, którzy np. zdążyli stworzyć i sprzedać za grube pieniądze firmę w ciągu zaledwie 2 lat.

Ireneusz Osiński: Pozwól, że Ci przerwę. Jestem ciekaw, co się z tymi ludźmi dalej dzieje. W większości przypadków oni dalej znikają. Do sukcesu trzeba być gotowym. To jest tak, jak z ludźmi, którzy wygrają fortunę w totolotka. Okazuje się, że po 2-3 latach oni są totalnymi bankrutami. Są w o wiele gorszej kondycji psychicznej niż przed wygraną. Do sukcesu przygotowują… porażki. „Wybite zęby”. To hartuje charakter i uczy pokory, nawet w momencie odniesienia zwycięstwa.

Ostatnio byłem na bardzo ciekawym wykładzie o sukcesji. Prelegent dał przykład człowieka, który odziedziczył 40 milionów złotych w wieku 24 lat. Nie podał nazwiska, żeby nie krzywdzić człowieka, po prostu. I temu człowiekowi wystarczył 1 rok, by te 40 baniek stracić. Rok!

Wiktor Jodłowski: Naprawdę?!

Ireneusz Osiński: Tak. Wiesz, to były złe inwestycje, złe decyzje, życie ponad stan. To kompletnie NIE jest kwestia pieniędzy.

Wiktor Jodłowski: W takim razie co należy według Ciebie zrobić, by być gotowym na sukces i nie załamać się pod jego ciężarem?

Ireneusz Osiński: Wiesz, rzadko się zdarza, że ludzie wygrywają w totka albo dziedziczą fortunę. To jest bardzo medialne, często pojawia się w różnych portalach i stacjach, dlatego nam się wydaje, że to dzieje się stale. Ale to tak nie jest, to nieprawda. Zrobiono takie badanie i zapytano przedsiębiorców, czyli ludzi z doświadczeniem, ile czasu jest według nich potrzebne, by z powodzeniem przekazać biznes w ręce kolejnego pokolenia. Uznali, że 1-1.5 roku. Natomiast z badań wynika, że aby ten proces zakończył się powodzeniem, potrzeba od 5 do 10 lat. Czyli ci młodzi ludzie muszą dotknąć, doświadczyć każdego elementu firmy, zanim zabiorą się za przejmowanie. Tego nie da się wyczytać w książce. Ale ludzie „nie mają czasu na to”. Polscy przedsiębiorcy nie myślą o sukcesji.

Wiktor Jodłowski: Bardziej chodziło mi o to, abyś powiedział co warto zrobić, by uniknąć załamania się pod ciężarem własnego prędkiego sukcesu 🙂

Ireneusz Osiński: Warto stworzyć tzw. strategię wyjścia. Czyli wiedzieć, rozpisać sobie dokładnie scenariusz tego, jak się zachować w momencie, gdy pojawia się spodziewany sukces. Jak inwestować w ten sukces. Czy to jest kapitał relacyjny, kapitał społeczny, kapitał finansowy. O to wszystko trzeba dbać. Tym trzeba zarządzać. Wtedy łatwiej jest zachować „chłodną głowę”.

Tu przypomina mi się Donald Trump, który powiedział, że gdy ludzie patrzą na osoby, które odniosły sukces, to większość obserwujących nic nie widzi. Widzi tylko efekt końcowy. Nie widzi całej drogi, którą trzeba było przejść, by znaleźć się finalnie na tym szczycie. Tak się dzieje, bo takie skrócone historie sukcesu są podawane przez media. Z pominięciem środka. A tam właśnie znajduje się „instrukcja obsługi”. Ale kogo to obchodzi. Ludzi obchodzi to, że gość teraz ma Trump Tower i jest miliarderem. Tylko, że był moment, w którym przestał nim być, bo wszystko stracił.

Teraz bardzo ważną rzeczą dla ludzi, którzy robią lub chcą robić biznes, jest posiadanie mentorów. Nie jednego mentora. Wielu mentorów. Czyli ludzi, którzy już tę ścieżkę przeszli. Najlepiej, aby byli z różnych branż. Chodzi o to, by mieć w zasięgu doświadczonych ludzi, do których można się zwrócić z pytaniem o pomoc. Z pytaniem pt. „co sądzisz na temat, nad którym właśnie pracuję?”. Zobacz, jeśli zapytasz o to gościa, który ma lat 60 i, dajmy na to, 40 lat przepracowane w biznesie. Trochę za granicą, a potem wrócił do Polski. Ja mam ten komfort mieć takich ludzi. I oni mówią mi jedną ważną rzecz – „Irek, nie spiesz się. Nie daj sobie wmówić, że sukces musi przyjść szybko i spektakularnie. Biznes to NIE jest sprint. To jest maraton.” Dlatego musimy mądrze rozkładać swoje siły.

Wiktor Jodłowski: No dobrze. Robiąc mały pivot. Co sądzisz o łączeniu świata online i offline w kontekście budowania silnej marki osobistej? To ma sens?

Ireneusz Osiński: Oczywiście, że to ma sens. Teraz sam offline już nie wystarczy. Sam to przeżywam. Muszę się uczyć tych rzeczy. Ale wiem, że połączenie tych dwóch elementów, to dopiero jest bomba!

Wiktor Jodłowski: A da się według Ciebie działać tylko w „onlajnie”?

Ireneusz Osiński: Według mnie nie. Bo zawsze „na koniec dnia” trzeba się pokazać temu drugiemu człowiekowi. Stanąć z nim twarzą w twarz. A ja znam wielu ludzi, którzy fantastycznie wyglądają schowani za ekranem swojego komputera, budując swój wizerunek człowieka, którymi nie są. Potem bardzo często, gdy dochodzi już do tego kontaktu osobistego, cały ten internetowy wizerunek burzony jest przez to, co sobą reprezentują. Takim osobom nierzadko woda sodowa uderza do głowy; gardzą innymi ludźmi; są oni przekonani o swojej zajebistości, no i wtedy następuje zjazd w dół. Bo ludzie czują się zwyczajnie oszukani. A ludzie nie lubią być oszukani.

Wiktor Jodłowski: A powiedz mi, jak są tacy młodzi ludzie, którzy wiedzę często czerpią od internetowych guru, którzy czasem mają rację, czasem jej nie mają, często też podtrzymują sztucznie swój status nieomylnych ekspertów, to co oni mają zrobić? Bo tu kojarzy mi się bardzo pozytywnie Sławek Muturi. Podczas jednego z jego wystąpień, które oglądałem niedawno na ASBIRO.pl, słuchacz zadał mu jakieś bardzo techniczne, podatkowe pytanie. On po chwili namysłu powiedział otwarcie, w obecności ok. 100 innych uczestników, że nie zna odpowiedzi na to pytanie, więc woli na nie nie odpowiadać. To mi bardzo zaimponowało i jednocześnie uświadomiło, jak dużą presję kładziemy na siebie, by zawsze mieć rację.

Ireneusz Osiński: To jest właśnie skromność i pokora. Ale ciężko chyba podejrzewać Sławka o brak siły i determinacji, prawda? I to jest niesamowity poziom, do którego właśnie mało który młody człowiek potrafi dorosnąć. Tu często mamy do czynienia z takim zjawiskiem, które ja nazywam Z+A. To jest: zadęcie i amatorszczyzna. To jest najgorsze połączenie, które niszczy relacje. A biznes to relacje. To kontakt z żywym człowiekiem, a nie pisanie na czacie. Ludzie komunikują się również na poziomie podświadomym. To są wysyłane, odbierane i interpretowane wibracje. Według badań tekst, słowa odpowiadają tylko za 7% komunikacji. Trzeba być naprawdę świetnych copywriterem, by wywoływać silne emocje, poprzez dobrze napisany tekst. Ale cała reszta tej komunikacji to ton głosu, to jak się mówi i cała mowa ciała. Ludzie o tym zapominają, a potem wręcz boją się wyjść na zewnątrz, bo wtedy cała ta maska opadnie.

Wiktor Jodłowski: Coś jeszcze dodałbyś do „grzeszków” popełnianych w tym obszarze?

Ireneusz Osiński: Tak. Zamykanie się wśród swoich znajomych. Kiszenie się we własnym sosie. Niechęć do wychodzenia na zewnątrz i uczenia się od innych. Brak zadawania pytań.

Wiktor Jodłowski: A tak nie było zawsze? Kliki tworzą się zawsze.

Ireneusz Osiński: Ja rozumiem. Tylko, że wiesz, jest jeszcze cały obszar społeczny. Dam Ci przykład. W Stanach Zjednoczonych, jeśli człowiek nie angażuje się w sprawy społeczne, to jest uważany za człowieka z marginesu. A teraz żeby namówić kogoś do tego, by był w samorządzie studenckim, przewodniczącym klasy, żeby w cokolwiek się naprawdę zaangażował, to jest ciężko. A tak właśnie buduje się personal brand.

Dodatkową zaletą jest to, że tylko tam można popełniać błędy nie na swój koszt. Uczyć się, doświadczać. Zarządzania ludźmi, zarządzania projektami. Nikt tam nie wywali Cię za błąd, żaden klient nie zerwie kontraktu. Potencjalne szkody są minimalne, a korzyści nieproporcjonalnie duże. Ludzie tego nie chcą robić. Ludzie od razu chcą wygrać złoty medal na zawodach. Niesamowite to jest dla mnie. Choćbyś łbem walił o kant, nie dochodzi, po prostu.

Wiktor Jodłowski: No dobrze, mamy w tym element przyjmowania jakichś ról, przyjmowania odpowiedzialności na siebie i…

Ireneusz Osiński: Wiesz, to też nie może być „jakaś” rola. Tu trzeba najpierw zbadać do czego ten człowiek jest stworzony. Bo jeśli nie wie, jakie są jego wrodzone predyspozycje, to zawsze jak się będzie gdzieś angażował, to będzie miał wątpliwości. Czy aby na pewno dobrze robi. Są banalnie proste sposoby, by rozwiać te wątpliwości. Są testy pozwalające odkryć, w co tak naprawdę wyposażyła mnie natura. Żeby wiedzieć, jakim koniem jestem – czy jestem koniem szlachetnej rasy, do jazdy po górach, typowym koniem rasy zimnokrwistej czy jestem koniem wyścigowym. Bo jeśli jestem koniem do jazdy po górach, a zabiorę się za gonitwy, to nie będę dobry, będę się męczył, po prostu zarżnę się. I będę potem udowadniał innym, że przecież to nie ma sensu, bo mi się nie udało.

Wiktor Jodłowski: Czyli najpierw trzeba zbadać talenty; następnie znaleźć odpowiednie role, które dadzą możliwość realizacji samego siebie; no i finalnie aktywne wejście w te role. Tak?

Ireneusz Osiński: Tak jest.

Wiktor Jodłowski: Czy masz jeszcze obszary, o których chciałbyś porozmawiać, a o które do tej pory nie zapytałem?

Ireneusz Osiński: Tak, tak. Młodzi ludzie powinni bywać. Powinni czytać. Jest wiele fajnych podręczników na temat networkingu. Mogę tu przytoczyć chociażby jedną z niedawno napisanych przez mojego serdecznego przyjaciela, Grzegorza Turniaka, książkę pt. „Praktyczny poradnik networkingu”. Albo „Powiedz o mnie innym”, Billa Cates’a. Warto je przeczytać i jednocześnie wdrażać to, co się przeczyta. Czyli masz mentora w formie papierowej. On daje Ci wiedzę, ale Ty nie wierz mu na słowo. Bywaj w różnych miejscach, na różnych wydarzeniach i sprawdzaj w praktyce, jak to działa dla Ciebie. Taką organizacją jest np. Toastmasters czy też Pracodawcy Pomorza, którym pomagam „rozruszać towarzystwo” i wspierać proces kojarzenia się przedsiębiorców ze sobą, których jest tam 850 (w PP). Reakcje są kurczę takie, że ludzie mówią, że „niby się wszyscy znamy, ale tak naprawdę niewiele o sobie nawzajem wiemy”.

Wiktor Jodłowski: A wracając na chwilę do tematu mentorów, bo myślę, że to jest ważna sprawa – w jaki sposób przekonać do siebie takiego mentora? Jak sprawić, by chciał się z nami dzielić swoją wiedzą i doświadczeniem? Bo jest wiele osób, które mają pomysł na biznes, ale jednak niewielu mentorów decyduje się brać ich pod swoje skrzydła. Dam Ci prosty przykład – dla mnie takim mentorem jest Maciej Stępa. Na co dzień Maciej skupia się na rozwoju stworzonej przez siebie firmy Profit Plus natomiast od czasu do czasu bierze pod swoje skrzydła młodego adepta biznesu w roli podopiecznego. Opowiadał mi o jednym człowieku, który na pierwszym spotkaniu z nim dostał „zadanie domowe”, pewien zestaw zadań do wykonania do czasu ich kolejnego spotkania. Dwa tygodnie później, na następnym spotkaniu, ów młody człowiek przyszedł „z pustymi rękami”, nie zrobił nic z umówionej listy. Co najbardziej zaskakujące, nie czuł ani krzty wstydu, ani zażenowania. Chyba nie muszę wspominać, że Maciej podziękował mu za współpracę i zwolnił przestrzeń czasową dla kogoś, komu naprawdę zależy. No ale właśnie, jak podejść do tego poszukiwania mentora i budowania z nim więzi?

Ireneusz Osiński: Ludzie muszą być gotowi do procesu mentoringowego, w którym się od nich czegoś wymaga. Każdy młody człowiek powinien najpierw wypisać sobie na kartce, kto może mu w tym rozwoju pomóc. Wypisać mentorów, którzy pomogą mu zrealizować cel. Gdy będzie wiedział, w jakich obszarach chce się rozwijać, to dobranie odpowiednich mentorów stanie się łatwiejsze. Tylko teraz jest jeszcze „ścieżka dostępu” do tego mentora.

Wiktor Jodłowski: Czyli?

Ireneusz Osiński: Czyli teraz musimy wykombinować w jaki sposób się do niego dostać. Najpierw warto dowiedzieć się, gdzie ten człowiek się pojawia. Czym się interesuje. Jakich ma znajomych. Tylko wiesz, to jest roboty od cholery, a ludziom się nie chce tego robić.

No, ale jeśli już ktoś podejmuje się wyzwania, to najlepiej jest tak, byśmy zostali przedstawieni temu mentorowi. Żeby zidentyfikować wspomnianą ścieżkę dostępu, bardzo pomocna może okazać się technologia – mamy teraz LinkedIN, Goldenline itp. Korzystajmy z tego. Więc możemy najpierw zdobyć zaufanie u znajomego tego człowieka, który jest nieco bardziej „dostępny” i może nas wprowadzić. Bo, na przykład, chodzi razem z wybranym przez nas mentorem na kurs tańca albo jeździ na ryby. Wtedy w odpowiednim momencie warto zadać takie pytanie – co muszę zrobić, by dostać się do Twojego przyjaciela (mentora)?

Stosując między innymi taką technikę możesz zgromadzić wokół siebie najlepszych ekspertów, praktyków. Dzięki temu masz dostęp do niesamowicie dużych pokładów wiedzy. Gdybyś chciał ją kupić za pieniądze, to musiałbyś wynająć firmę konsultingową, która weźmie od Ciebie od cholery kasy. A tak masz „własną firmę konsultingową”. Tego się nie da kupić za pieniądze, to trzeba wypracować.

Wiktor Jodłowski: Ostatnie pytanie. Wracając do tematu researchu. Czy możesz doprecyzować?

Ireneusz Osiński: OK, dla przykładu: ktoś chce robić biznes w branży nieruchomości. Doszedł do wniosku, że to go kręci i chce tutaj rozwijać skrzydła. No, to wchodzi w Google, wpisuje hasła „deweloperzy”, „nieruchomości” itp. Następnie bada, jakie to są firmy. Kto stoi na ich czele. To można zawsze sprawdzić w publicznie dostępnych danych z KRS. Dalej szuka materiałów na temat tych firm. Artykuły, wywiady, publikacje. Tam można zobaczyć, jak wygląda szef, lider. I już wiadomo, kto to jest. Tak „zbieramy” sobie listę 10-12 osób i następnie zabieramy się za tworzenie i działanie według „ścieżki dostępu”.

Wiktor Jodłowski: Finalna myśl?

Ireneusz Osiński: W życiu nie ma nic za darmo. Nie mówię o pieniądzach. Bo najcenniejszym zasobem, który mamy, jest czas. A ten warto inwestować w obszary społeczne. Uczyć się w praktyce, nie tylko z książki, jak to robić dobrze.