3 niesamowite historie, które przydarzyły mi się w pracy korepetytora

Post Image
17 listopada 2015

3 niesamowite historie, które przydarzyły mi się w pracy korepetytora


Praca korepetytora (chociaż nie lubię tego zwrotu – wolę nazywać się trenerem, bo to informuje o wyższym stopniu profesjonalizmu) jest zazwyczaj dość schematyczna i powtarzalna. Spotykasz się z tymi samymi osobami, pracujesz według tych samych założeń (o ile stosujesz sprawdzoną metodę, a to jedyna opcja, by zostać ekspertem) i stale, konsekwentnie poprawiasz te same błędy. Dla Ciebie te same, dla każdego ucznia inne, oczywiście ☺ Jest to pasjonująca ścieżka kariery, którą przeszedłem osobiście natomiast w pewnych momentach wkrada się rutyna. Ale ten artykuł nie jest o niej. Jest o przygodach. 3 historiach, które wydarzyły się naprawdę i przede wszystkim dostarczyły porcji śmiechu lub uśmiechu, a oprócz tego niosły za sobą ważne lekcje w kontekście rozwoju zawodowego.

Przygoda nr 1 – lekcja na WhatsApp’ie!

Kojarzysz taką aplikację do SMSowania w ramach pakietu internetowego w komórce? Jeśli nie, to tutaj znajdziesz więcej informacji (jest bardzo popularna w pewnych kręgach, do których też należę, natomiast zdaję sobie sprawę, że nie każdy ją zna).

Dla uproszczenia przyjmijmy, że lekcja była przez SMSy. Propozycja wyszła od uczennicy, która już wielokrotnie odwoływała lekcje i stwierdziła, że może warto spróbować taką drogą, żeby po raz kolejny nie opuściła zajęć. Na początku byłem rozbawiony to propozycją. Natomiast przyznam szczerze, że zgodziłem się na to dwukrotnie, po czym doszedłem do wniosku, że nigdy więcej.

Dlaczego? Dlatego, że cena, którą płacą za zajęcia moi uczniowie, w tym anonimowa bohaterka tej historii, jest wyliczona na podstawie wartości, którą wnosi w jej/jego życie umiejętność płynnej komunikacji po angielsku. Żaden komunikator tekstowy nie jest w stanie dać takiej wartości. Lekcja musi odbywać się na żywo lub przez Skype. Innej opcji nie ma. Jeśli ktokolwiek proponuje lub zgadza się na inną formę, to w dłuższej perspektywie krzywdzi swój brand, a do tego marnuje pieniądze klientów.

Przygoda nr 2 – lekcja nad morzem

Pracując w pocie czoła nad budowaniem marki eksperta, musiałem odbywać mnóstwo lekcji. Robiłem to w jednym z naszych trójmiejskich biur (a tak dokładnie TU). Wkradła się w moje życie zawodowe monotonia – te same twarzy, te same tematy, te same ściany wokół mnie. Ale pewnego słonecznego dnia, gdy miałem zacząć lekcję, uczennica Kasia zaproponowała, byśmy odbyli ją na świeżym powietrzu, a dokładniej na ławce za budynkiem biurowca. Zgodziłem się, a gdy wychodziliśmy, wpadł mi do głowy pomysł, by pójść jeszcze krok dalej. Byliśmy w Gdyni (gdzie nota bene spędziłem większość swojego życia), także pojechaliśmy odbyć lekcję nad morzem. Znaleźliśmy wygodne miejsce, gdzie przechodziło niewielu ludzi i odbyliśmy jedną z najlepszych lekcji z mojej karierze. Świeże powietrze, orzeźwiający wiaterek i inspirująca energia od jednej z najwspanialszych osób, jakie w życiu spotkałem.

Wniosek: miej otwartą głowę na propozycje uczniów i jednocześnie bądź gotowy, by ulepszyć je jeszcze bardziej. Tutaj opisałem prościutki przykład, ale mądrość płynącą z tego doświadczenia można przełożyć również na „poważniejsze” aspekty, jak np. metoda nauki. My robimy to codziennie, stale ulepszając stworzoną przeze mnie metodę nauki, na bazie własnych obserwacji i sugestii od uczniów ☺

Przygoda nr 3 – klientka rozłączyła się po 2 minutach lekcji via Skype

To była najprawdopodobniej najkrótsza lekcja, jaką kiedykolwiek odbyto w historii tej branży 😉

Kiedy zaczęło mi brakować wolnych terminów, zacząłem rozglądać się za wsparciem w postaci współpracujących ze mną lektorów, którzy przyjmowali by kolejne zgłaszające się osoby. Jedną z pierwszych osób, z którymi rozpocząłem współpracę, była osoba pochodząca spoza granic naszego kraju. Nie był native speakerem, ale nie był też Polakiem. Przyjmijmy, że jego imię to Maciej (chce zachować anonimowość). Najważniejszą jego cecha z perspektywy tej historii jest fakt, że nie mówił po polsku.

Gdy zgłosiła się kolejna klientka, dla której ja osobiście nie miałem już miejsca w swoim grafiku, zarekomendowałem jej Macieja i umówiłem pierwszą lekcję. Szło opornie, bo widziała opinie o mnie, a on nie miał wyrobionej marki eksperta. Ja jednak wiedziałem, że jest doskonały w tym co robi, także znalazłem sposób, by ją przekonać do spróbowania. Lekcja miała odbyć się przez Skype. Byliśmy akurat oboje w naszym gdyńskim biurze, gdy Maciej stwierdził: „idę do swojego biurka, bo zaczynam lekcję z Hanią (imię zmienione) za chwilę”. Jakie było moje zdziwienie, gdy 5 minut później przechadzał się po biurze w celu nalania wody ze stojącego tam automatu. Podchodzę więc i pytam:

JA: Co się stało?

ON: Odbyłem najkrótszą lekcję w historii tej branży. Klientka rozłączyła się po 3 minutach od startu.

JA: Ale dlaczego?

ON: Nie wiem.

Kilka chwil później oboje dostaliśmy od niej maila z informacją, że spanikowała ze względu na to, iż nie była świadoma, że Maciej nie mówi po polsku.

Bardzo szybko wyciągnąłem z tego wniosek na przyszłość: zawsze dokładnie informuj klienta o tym, jak pracujesz, kim jesteś i jakie panują u Ciebie zasady gry. Klient samodzielnie podejmie decyzję, czy mu to odpowiada, ale aby uniknąć kwasów, trzeba jak najdokładniej pokazać, co oznacza współpraca z Tobą. My robimy to poprzez spisanie tzw. Partnership Agreement. A co to jest, jak to działa i dlaczego jest zbawieniem dla korepetytorów cierpiących na brak dyscypliny swoich uczniów, dowiesz się na moim najbliższym szkoleniu, o którym poczytasz więcej w tym miejscu:

JAK ZDYSCYPLINOWAĆ UCZNIÓW?

(KLIKNIJ, BY SIĘ DOWIEDZIEĆ)